Książka zawiera zapisy od kwietnia 2005 do kwietnia roku następnego. Dziennik, jak dziennik, zawiera opisy dni powszednich, podróży (po kraju i świecie, poza granice turystycznie lub w sprawach typowych dla tłumaczonych w świecie pisarzy, czyli na targi ksiązki lub dyskusje panelowe), spraw rodzinnych (opisy serdecznych relacji z dwuletnią wówczas córeczką Olą i mężem Piotrem, którym okazuje wiele czułości urzekają i wydają się wolne od ekshibicjonizmu), a momentami politycznych i religijnych.
Autorka uchodzi za skandalistkę, ale tą książką swojej renomy nie podtrzymuje. Owszem, o sprawach seksu i intymnych częściach ciała autorka pisze wprost, przy użyciu słów, które w towarzystwie nie przystoją. Ale nie są to sprawy, które miałyby posmak skandalu. Można wnioskować, że taki styl narracji to efekt fascynacji prozą Michela Huellebecq'a, którego często ona przywołuje. Mnie to jednak razi. Uważam bowiem, że zdolny pisarz potrafi napisać o wszystkim bez uciekania się do takich środków.
O tym, że taki styl pisarstwa jest u Gretkowskiej raczej pozą przekonuje styl narracji w dzienniku, obfitujący w przychodzące autorce z łatwością liczne metafory, niektóre bardzo celne i wręcz odkrywcze, inne nieco naciągane. Przykładem tej pierwszej jest zdanie z relacji z podróży do Hiszpanii: „Piotr [mąż autorki] tak mnie zaszczepił na miłość doustnie i dopochwowo, że nie zauważam żadnego banderasa" [tak, małą literą, bo to uogólnienie dla mężczyzn o tym typie męskiej urody]. Ale już zdanie o chmurach nad Częstochową, że „Są gigantycznym zdjęciem rentgenowskim kości anielskich na ciemnoniebieskiej kliszy nieba" razi pretensjonalnością.
Ale warto książkę doczytać do końca, gdyż pozwala przypomnieć atmosferę panującą w kraju w okresie „późnego Millera", ówczesne spory polityczne i religijne, wydarzenia kulturalne i ich kulisy.
Mając okazję być w Moskwie parę lat temu, mogę stwierdzić, że pokrywają się w wrażeniami Gretkowskiej. Miasto wielkie, ale jakby ludziom nieprzyjazne. A już opis sytuacji, w której kelner niesie herbatę, ale zatrzymuje się w pół kroku i zawraca, bo właśnie skończyła mu się zmiana, jest kwintesencją atawizmów po czasach sowieckich. Jak „etażnyje" lub przerwy obiadowe w recepcjach hotelowych i wciąż widoczny brak dbałości o higienę.
Mając w pamięci niedawna lekturę „Dziennika dla dorosłych" Chwina można stwierdzić, że to jednak inny sort literatury tego typu, jakby jej bardziej trywialne wydanie. Jednak ma w sobie coś, co każe doczytać książkę do końca (jeszcze ok. 100 stron). Ale czy sięgnę do powieści Gretkowskiej? Wątpię.
Skończyłem też lekturę kolejnej książki Teresy Torańskiej: „Byli". Tym razem są to wywiady z byłymi funkcjonariuszami aparatu partyjno-państwowego z lat osiemdziesiątych. Wszyscy stroją się w pióra pierwszych naiwnych, niewiele wiedzących, niewiele rozumiejących, za to pełnych dobrej woli. Nie da się serio traktować takich tłumaczeń wytrawnego znawcy polityki Jerzego Urbana, że na konferencjach prasowych informował tylko o tym, co mu podawały służby prasowe, albo Michała Jagiełły, który jako doświadczony już członek PZPR poszedł na posadę kierownika Wydziału Kultury, bo wierzył, że uda mu się coś dobrego zrobić. I odszedł, gdy po wprowadzeniu stanu wojennego przejrzał na oczy. Wydaje się, że jedynie Jaruzelski w tym całym towarzystwie (Kąkol, Tejchma, Szczepański) był najmniej cyniczny i najmniej cudacznie udawał naiwnego.
W bibliotece sposobimy się już do rozpoczęcia roku akademickiego: ustalamy harmonogramy szkoleń studentów lat pierwszych, przygotowujemy zapasy formularzy niezbędnych do zapisów, a w drukarni są nowe oznaczenia graficzne, ułatwiające użytkownikom poruszanie się po księgozbiorze.
Do potrzeb sprawozdania otrzymałem wydruki niezbędnych danych. Wynika z nich, że zbiory nasze przekroczyły już 60 000 jednostek, a w bibliotece zapisanych jest ponad 13000 użytkowników korzystających z wypożyczalni. Przy ogólnej liczbie ok. 8 500 słuchaczy i ok. 400 pracowników etatowych lub wykonujących prace zlecone. To efekt otwarcia biblioteki na wszystkich chętnych.
Ja sam spędzę w bibliotece tylko pierwszy tydzień października. Potem jadę z żoną na tydzień do Gdańska, a prosto stamtąd na trzy tygodnie do Szczawnicy Wreszcie, po 20 miesiącach oczekiwania dostałem bowiem skierowanie na kurację. Będę tam trzeci raz i cieszę się na to. Pieniny są piękne o każdej porze roku i są akurat na moją miarę, da się wejść na każdą górkę. I chyba tradycyjnie wszystkie obejdę.
Zastanawiam się, czy brać z sobą laptopa. Żeby utrzymać łączność ze światem. Ale też może on ograniczyć moją mobilność, w takich razach wskazaną. Kiedy tam byłem w latach dziewięćdziesiątych, nie zdarzyło mi się nawet razu obejrzeć telewizji.
________________________
* Katalog przedmiotowy KABA, stosowany w NUKAT-cie to osobny temat, wart ostrego pióra. Niektóre używane hasła przedmiotowe brzmią nonsensownie i zacząłem wypisywać co smaczniejsze kąski, żeby coś o tym napisać. Kibolstwo wg twórców haseł to "Chuligaństwo (sporty)", historia wojskowości to "sztuka wojenna - historia", a np. nauczanie matematyki w klasach początkowych to "Matematyka - studia i nauczanie (początkowe)". Przecież tym sposobem wręcz uniemożliwia się czytelnikom trafienie na poszukiwane teksty. Szczęśliwie chcąc zachować zdrowy rozsądek można dopisać hasła przedmiotowe wynikające ze słownictwa uzywanego przez użytkowników. Tym sposobem wilk (puryści katalogowi) syty i owca cała.
poniedziałek, 22 marca 2010
Licznik odwiedzin: 22381
| « wrzesień » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | ||||
O sprawach zawodowych, a trochę o swoich własnych
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: